Nasz domek na kółkach

Kim jesteśmy?

Jesteśmy rodziną, która w trzyosobowym składzie wyruszyła na pierwszą w życiu wyprawę kamperem, do Niemiec.

Nazwałam nas roboczo rodziną "kamperaków-świeżaków", co spotkało się z oświadczeniem (syna), że o nie, jego szef padnie ze śmiechu i (męża), że mnie zabije, jeśli to opublikuję.

No cóż...w tym układzie wycofuję się z tego...😉

[BLOG PRZENIESIONY NA CAMPEREGO.BLOGSPOT.COM]

 


Skąd taki tytuł i o co w tym chodzi?

Flusenfilter oznacza po prostu "filtr kłaczków". Słowo to stało się dla nas symbolem wszystkiego, co było nowe i nieznane podczas tej wyprawy, od wiedzy "jak działa kamper" poczynając, a na obyczajach kempingowych kończąc.

Pewnego dnia stanęliśmy z synem z dwiema torbami brudnej odzieży przed "niemieckojęzyczną"kempingową pralką i suszarką. Niemieckojęzyczną, to mało powiedziane! Przed maszynami leżała kartka A4 pełna wykrzykników, podkreśleń i capslocków- oczywiscie w języku niemieckim, a my patrzyliśmy na  nią jak sroka w gnat. Jak żyć?

Syn pogalopował po telefon z internetowym tłumaczem i słowo po słowie zapoznaliśmy się z oczekiwaniami pralki i suszarki. Na marginesie był to mój pierwszy w życiu kontakt z suszarką do ubrań i od razu tak na bogato!

Od tego czasu, co pewnie było do przewidzenia, stałam się wielką fanką "suszarnictwa" odzieżowego!🙂

Flusenfilter

Pozdrowienia!

Ego

Prolog: dokąd jedziemy?

Zanim wybuchła pandemia, planowaliśny wyjazd do Finlandii. Po skalkulowaniu kosztów na ilość osób (początkowo mieliśmy jechać we czwórkę) okazało się, że wypożyczenie kampera, chociaż hmm...nietanie, jest jednak tańsze, niż jakakolwiek inna opcja.

Osobiście kwiknęłam sobie w duchu z radości, bo zawsze marzyłam o podróży kamperem.

Potem musieliśmy kilka razy te plany weryfikować. Pewne było tylko jedno, że  jedziemy, kierunek się zmieniał wraz z rozwojem sytuacji epidemicznej na świecie.

Jeszcze w momencie odbioru kampera z wypożyczalni twierdziliśmy, że chcemy objechać po prostu ścianę wschodnią Polski...Zdanie zmieniliśmy od razu po zapakowaniu się. Szkoda marnować taki potencjał na użeranie się z polską infrastrukturą, zwłaszcza w przypadku świeżaków...o przepraszam, nowicjuszy.

Ruszyliśmy zatem w nieznane do Niemiec😎.

Nie wybralibyśmy tego kraju, gdyby nie okoliczności, kojarzył się nam wyłącznie tranzytowo. I zrobilibyśmy wielki błąd, bo ma wiele do zaoferowania, a przy okazji jest rajem dla caravaningu!

 

Mnie urzekły najbardziej małe miasteczka, pełne uroczych ogródków i krętych uliczek. Mąż zachwycał się dużymi miastami z ich architekturą. Syn odpoczywał najbardziej w NaturParkach pełnych dzikiej przyrody.

Na każdy kemping zjeżdżaliśmy bez rezerwacji i tylko raz odmówiono nam przyjęcia. Infrastruktura na kempingach jest rewelacyjna (stanowiska do mycia naczyń, z ciepłą wodą, prysznice, pralki, suszarki, punkty serwisu toalet chemicznych i zlewania wody szarej, prąd i czysta woda, często zdatna do picia...i co tam jeszcze można sobie wymarzyć).

Zachwycił mnie też tzw."serwis chlebowy". Można było zamówić na rano świeże pieczywo i przed śniadaniem odebrać w recepcji. Genialne!

A zatem drodzy sąsiedzi- daję Wam 100/100 punktów i dzięki!👍

Tschüss!

Ego

Pakowanie kampera

Ktoś powiedział, że pakowanie kampera przypomina raczej przeprowadzkę i coś w tym jest 🙂My osobiście pakowaliśmy się około trzech godzin, a przecież rzeczy mieliśmy wcześniej przygotowane.

Muszę się przyznać/pochwalić, że od miesięcy śledziłam strony poświęcone caravaningowi i fora kamperowe, co pozwoliło mi na zabranie naprawdę WSZYSTKIEGO, co okazało się potem niezbędne.

Co takiego nieoczywistego zabrałam?  Na przykład konewkę 15- litrową. Albo zestaw końcówek do węży i kranów. Pojemnik na 20 litrów wody szarej. Kawiarkę. Grill elektryczny. Kosmetyczkę wiszącą ścienną. Kule solarne 🙂 Z tego akurat moja rodzina drwiła niemiłosiernie. Suszarkę do prania. Dwie miski, z czego jedna z dzióbkiem. Taboret turystyczny. Taboret- próg. Kosz  na śmieci.

Jedyne, na co nie wpadłam, a co ewentualnie pomogłoby nam usprawnić procedury, to szeroki lejek z krótkim wężem. Nie wiedziałam bowiem, jako świeżak😋, że pojemniki na wodę szarą nie mają wymiarów standardowych. Kupiony przeze mnie pojemnik pod naszego kampera się nie mieścił i wymienione wyżej akcesoria bardzo by pomogły. Uratowała nas jednak miska z dzióbkiem 🤪

Do czego służy taki pojemnik? Oczywiście każdy niemiecki kemping posiada punkt zlewania wody szarej*, jednak są sytuacje, w których nie opłaca się ciągnąć całego kampera do takiego punktu i wtedy podstawia się zbiorniczek, który zarazem jest walizeczką na kółkach. Zlewa się 20 litrów i elegancko jedzie do tegoż punktu...

A po co konewka? Oczywiście można nalać wodę czystą wężem, ale praktyka pokazała, że łatwiej jest machnąć trzy razy konewką, niż rozgrzebywać wąż, dobierać koncówkę i ciągnąć ileś tam metrów.

Czego nie kupiłam, ponieważ uwierzyłam naszej wypożyczalni na słowo, że będzie to na wyposażeniu? Papieru toaletowego do toalety chemicznej (rozpuszczalnego) oraz niebieskiego i różowego płynu do tejże toalety. Znalazłam potem w kamperze kostki do toalety, ale bylam już zbyt mocno teoretycznie przywiązana do idei płynów, żeby się tak z punktu nawrócić na inną chemię.🙂

Bardzo dobrze pamiętam, że obiecano nam również ekspres do kawy z kapsułkami. Niestety nie było go. Na szczęście wszystkie te braki udało się uzupełnić. Również wyposażenie kuchni wzbogaciłam o rzeczy moim zdaniem niezbędne, na przykład pokrywki do garnków, otwieracz do puszek, nożyczki, łopatkę itd.

Z ostatnich spraw organizacyjnych- okazało się, że nie działa nam dobrze markiza. Można było ją rozłożyć, ale już złożenie pozostawało kwestią opracowania sposobu i zaangażowania trzech osób, zawsze z duszą na ramieniu, czy nastąpi finalny "klik", zamykający przedsięwzięcie, czy nie. Jazdy z otwartą markizą nie chciałabym przeżywać!

Na szczęście sposób sprawdził się za każdym razem.

-------------------------------------------------

* Woda szara, to po prostu mydliny, nie mylić zawartością toalety chemicznej🤪

 

No dobrze, kończę już z tymi szczegółami technicznymi:)

Ego

Goerlitz

Dzień pierwszy- Goerlitz

Ponieważ nasze plany zmieniły się dość raptownie, podróż zaczęliśmy od wielkich zakupów w Auchan. Inaczej przecież zaopatruje się kuchnię pokładową na podróż ścianą wschodnią, a inaczej na podróż na Zachód 😊

Przy okazji pierwszy raz musieliśmy pamiętać, że nasza wysokość to 3.20 m, a więc nie pod każdym mostem damy radę przejechać. Odpadł nasz zwyczajowy skrót do Auchan z domu. Po dość chaotycznych zakupach, rozpaczliwej próbie upolowania rozpuszczalnego papieru toaletowego itp., poganiani przez męża, ruszyliśmy w końcu w podróż właściwą.

Kierunek Goerlitz (a potem planowaliśmy jechać stopniowo na północ, nad morze). Mąż z synem siedzą w szoferce, ja przy stoliku w „salonie”. Moim głównym zadaniem będzie odtąd łapanie lawendy w doniczce przy każdym zakręcie. Lawenda była ozdobnym elementem wyposażenia naszego kampera.

Wrażenia z pierwszej jazdy niesamowite wszystko stuka, puka, przemieszcza się i klekocze. Wszystkie elementy ruchome muszą być schowane i zabezpieczone, szafki, okna zamknięte- poznajemy nasz nowy standard podróży.

 

Goerlitz

Okazuje się, że nie zabezpieczyliśmy drzwi prysznica i one do pierwszego postoju grały nam jak harmonia😊

Po drodze usiłujemy się jeszcze szybko ubezpieczyć online. Nie myśleliśmy o tym wcześniej, bo…ściana wschodnia😊 Nie jestem w stanie tego zrobić przez 50 minut, w końcu okazuje się, że to wina awarii strony internetowej ubezpieczyciela. Poddaję się, ale syn robi to w 5 minut na stronie swojego banku.

Jemy pierwszy obiad- McDonald`s na wynos, przy własnym stoliku z lawendą 😊 Trochę błądzimy, już na dojeździe do Goerlitz, około 40 km musimy zawrócić jakąś remontowaną drogą, która zapewnia nam niezłe jacuzzi na sucho.

Dojeżdżamy w końcu do Goerlitz, trenujemy pierwsze miejskie parkowanie i ruszamy na pierwszy wakacyjny spacer. Co za piękne miejsce! Granica polsko- niemiecka jest na moście na Nysie Łużyckiej. Uroda niemieckiej części powala, polska niestety nie jest taka ładna, widać relikty PRL-u. Mnóstwo osób spaceruje, w ogródkach restauracyjnych tłumy, ciężko znaleźć miejsce. Siadamy po polskiej stronie, jemy kolację z pięknym widokiem na rzekę, ale kazano nam strrrrasznie długo czekać na zamówienie.

Pomału robi się godzina 20. Zaczynamy szukać kempingu. Dzwonię do Alternativer Kamping po stronie niemieckiej. Recepcja już nieczynna, ale pozwalają nam przyjechać, uprzedzając, że nie jest to „normalny kemping”. I rzeczywiście. Niezwykłe miejsce, przypominające trochę instalację artystyczną, na terenie byłej fabryki. Z niewiadomych przyczyn pełne komarów. Jesteśmy padnięci, idziemy spać.

Ego

Drezno

Dzień drugi- Drezno

Obudziliśmy się z widokiem na niezwykłe rozwiązania kempingowe i cuda techniki :) Dzień był ciepły, wakacje przed nami, zjedliśmy śniadanko przed kamperem i nieśmiało zaczęliśmy poznawać możliwości pierwszego kempingu. Typu: czy da się tu gdzieś umyć naczynia? A wyrzucić śmieci? Ponieważ odpowiedzi były więcej niż zadowalające, wzięliśmy jeszcze wszyscy gorący prysznic i spakowaliśmy nasz domek na kółkach do dalszej drogi.

Przy okazji uwaga techniczna: czy kąpać się w kamperze? Robiliśmy to czasami, awaryjnie, kiedy na przykład padał deszcz, albo staliśmy daleko od pryszniców kempingowych, albo było już bardzo późno. Generalnie nie opłaca się robić tego regularnie. Woda kończy się stanowczo za szybko😊

 

Alternativer Kamping, Goerlitz

Drezno

Zrobiliśmy jeszcze próbę (na razie nieudaną) włączenia ciepłej wody w kamperze, okraszoną przekomarzaniem się: ”No kto jest największym specjalistą-teoretykiem od caravaningu?”, łamane przez: ”Tak? A kto uczestniczył w przeszkoleniu w wypożyczalni na temat działania komputera pokładowego?” itd.

Syn odkrywa, że można to zrobić wraz z ogrzewaniem, ale jest na to póki co zbyt ciepło. Ufając, że jest też inny sposób, odkładamy temat na później i ruszamy do Drezna.

Proponuję chłopakom, żeby odwrócić procedury i najpierw zajechać na podmiejski kemping, a potem próbować dostać się do miasta, na przykład komunikacją miejską. Mamy zainstalowaną aplikację Camping.Info, ale w praktyce korzystamy z mapy Google, jest prostsza w obsłudze i zawiera od razu opinie użytkowników o każdym kempingu.

Wybieramy kemping Mockritz, doskonale skomunikowany z centrum Drezna. Jesteśmy tam około 13.00, niestety wszelkich formalności można było dokonać dopiero od 16.00. Była wprawdzie niedziela, ale przekonaliśmy się też, że w Niemczech obowiązują sztywne godziny przypisane do poszczególnych czynności. Obiad na mieście się je 12.00-14.00, potem zostają kawiarnie, ale i one potrafią o 17.00 zamknąć podwoje, czyniąc miejsce aktywnościom okołokolacyjnym. Czas na przerwę obiadową dla pracowników kempingu to też świętość.

Postanawiamy w oczekiwaniu na dopełnienie formalności zainstalować się na wybranej parceli i zjeść pierwszy kempingowy obiadek z naszych sporych zapasów. Odbywamy kolejny świeżakowy dialog: ”Proszę o włączenie gazu”, „Aaaa… koniecznie musisz mieć ten gaz?”, „ No, jeśli makaron ma być w postaci ugotowanej, to muszę😊”. Okazuje się, że sprawa jest mega prosta i od tej pory korzystaliśmy z gazu bezproblemowo, nawet na postojach miejskich. Trzeba tylko bezwzględnie pamiętać o wyłączeniu go przed ruszeniem.

Nadmienię jeszcze taką ciekawostkę, że nasza kamperowa lodówka przełączała się sama automatycznie na aktualny rodzaj zasilania, co było bardzo wygodne. Chłodziła i mroziła bez zarzutu przez cały czas. Mieliśmy jeszcze mały problem przy podłączaniu się do prądu zewnętrznego, z dopasowaniem końcówki przedłużacza do niemieckiego gniazdka, ale udało się temu zaradzić.

Czekając na otwarcie recepcji, po obiedzie i odpoczynku poszliśmy zwiedzić kemping. Był on typowo miejski, parcele były małe i gęsto napakowane. Ale miał wszystkie udogodnienia, nawet basen zewnętrzny w cenie, jednak z powodu koronawirusa mogły w nim przebywać maksymalnie 4 osoby naraz i przed wejściem leżał grafik z zapisami.

O 16.00 zameldowaliśmy się w końcu w recepcji, przy okazji pierwszy raz mogłam zastosować wyrobioną przeze mnie w ostatniej chwili kartę kempingową CCI, która czasem dawała zniżki, a zawsze doskonale zastępowała inne dokumenty. W recepcji można było dostać mapkę i kupić bilety na autobus do centrum Drezna. Przystanek znajdował się zaraz za bramą kempingu.

Ruszyliśmy na popołudniowe zwiedzanie Drezna. Miasto bardzo podobało się mężowi, dla mnie było zbyt monumentalne. W części rozkopane, co utrudniało dojście nad Elbę. Przy okazji odbyliśmy dyskusję, czy Elba to Łaba, czy nie😊. Okazało się później, że tak, ale zdążyliśmy się przyzwyczaić do niemieckiej nazwy, ponieważ Elba towarzyszyła nam jeszcze przez jakiś czas. Pokręciliśmy się po starówce, dotarliśmy do zamkniętej Galerii Obrazów, Opery i w końcu po długim spacerze podjęliśmy trzykrotną próbę napicia się gdzieś kawy, ale trafiliśmy na opisane wyżej zjawisko- było już na to za późno!

Towarzystwo dookoła zaczynało już zasiadać do piwa i golonek, czas na kawiarnie minął😊 Zdesperowani klapnęliśmy w jakiejś burgerowni na lemoniadę, doskonałą po gorącym dniu, budząc zdziwienie kelnera(„Ist das alles?”) i potem ruszyliśmy szybkim krokiem na przystanek, niepewni, czy zdążymy na ostatni autobus powrotny. Zdążyliśmy na przedostatni.

Na kempingu zjedliśmy pyszną kolację z grilla i poszliśmy testować prysznice na żetony. Niezła zabawa! Każdy kemping ma swoje zasady, swoje ceny i swoje żetony lub monety, lub karty elektroniczne, lub klucze prysznicowe. Chyba tylko ten pierwszy alternatywny miał je po prostu w cenie😊 Jesteśmy bardzo zmęczeni, idziemy szybko spać. Z przyjemnością odnotowuję, że na niemieckich kempingach nie ma żadnych ekscesów po 22.00, żadnych śpiewów, alkoholu, nawet rozmowy przycichają. Rewelacja!

Ego

Kemping Pahna

Dzień trzeci- nad jeziorem

W nocy padał deszcz. Od tej pory będzie nam towarzyszyć już do końca, przynajmniej raz dziennie. Trzeba było szybko pochować sprzęt zewnętrzny i jeść śniadanie na raty.

Doświadczamy ciasnoty przestrzeni i konieczności współpracy przy każdym ruchu. Świadomie wybraliśmy kamper z alkową, o sztywnym układzie przestrzennym. Nie tylko dlatego, że był najkrótszy. Odpowiadało nam to, że naszej przestrzeni nie będziemy musieli ciągle przeorganizowywać: do jazdy, do spania, do siedzenia. Ceną za to jednak była ciasnota w każdym wymiarze.

Trudno jest podać śniadanie, jeśli na stoliku leży laptop, kable, jakieś papiery, gazety, tomiszcze Tokarczuk, które mąż twierdzi, że będzie czytać oraz sławetna lawenda😊. Nie mogę wyjąć sztućców, dopóki ktoś siedzący przy stole nie odsunie nogi. Takie tam problemiki. W końcu jednak udaje się wszystkim zjeść. Robimy pierwszy serwis kampera: zrzut szarej wody i opróżnienie toalety.

Relaks nad jeziorem, Pahna

Mąż nie wierzy, że miejsca, które mu wskazuję służą rzeczywiście do tego celu. Nie mylę się jednak. Okazuje się też, że tylko ja- teoretyk wiem, jak wyjąć kasetę WC😉 Przy okazji kupuję w sklepiku przy recepcji niebieski płyn, o którym pisałam we wstępie. Zależy mi na nim, bo zawartość toalety ma wtedy kolor intensywnie błękitny, co dobrze działa na psychikę. 🙃

Opuszczamy Drezno i kierujemy się nad jezioro w okolice Lipska. Po drodze zatrzymujemy się w Tesco i robimy kolejne wielkie zakupy, jak na wojnę. Okazuje się, że kupiłam wcześniej tylko rzeczy konieczne, a panowie mają wielka potrzebę "pyszności", chrupaczy, słodyczy, owoców i artykułów niekoniecznych. Nie mamy tego wszystkiego gdzie pomieścić, mimo wielkiego garażu. Podróżuje w nim bowiem jeden z trzech rowerów, meble ogrodowe i mata, zbiorniki do wody, buty i mnóstwo innych sprzętów nieokreślonych😊 Wydaje mi się, że mamy tego wszystkiego za dużo, ale też jedzenia ubywa błyskawiczne. Zyskuję więc oprócz lawendy nowych towarzyszy podróży. Odtąd miejsce pasażera dzielą ze mną jeszcze nektarynki i pomidory w kartonie. Miejsce okazało się zaskakująco stabilne i przewiewne.

Tego dnia docieramy na wybrany przez syna kemping Pahna nad jeziorem, niedaleko małego miasta Altenburg. Przez kemping przebiega granica między Saksonią i Turyngią. Ma on klasyfikację ACSI i cztery gwiazdki i moim zdaniem jest tego wart. To był na ten czas strzał w dziesiątkę! Chyba przyszedł pierwszy kryzys i czas było na mały relaks 😊

Dostaliśmy parcelę nad samym jeziorem.Trochę musieliśmy poczekać na pana technicznego, który otworzył nam skrzynkę z prądem (osobne rozliczenie), ale natychmiast rozłożyliśmy mebelki i zjedliśmy na lunch zakupioną w Tesco gotową sałatkę. Mąż pomknął na rower, a my z synem oddaliśmy się nieróbstwu: widoczek, książki, leżak oraz kawa mrożona.

Po południu zrobiłam obiadokolację, Błażej dolał wody, umyliśmy naczynia, a potem obeszliśmy cały kemping śmiejąc się z jego rozmiarów i dzielnic bogactwa i biedy. Tak to nazwaliśmy, ponieważ bardzo wyraźnie odcinały się pozostałości NRD, które przypominały slumsy: stare przyczepy obite dyktą, każda mająca po trzy dobudowywane przedsionki w różnych stylach, ani to ładne, ani chyba praktyczne, wokół chwasty…A zaraz obok dzielnica „szwajcarska”: doniczki z kwiatami, wiatraczki, jachty.

Obok z nas rozbili namiot dziadkowie z trójką wnuków. Podziwialiśmy cały czas ich cierpliwość i w ogóle fakt, że im się chce…Nasz podziw zamienił się we współczucie, kiedy późnym wieczorem zaczęło padać.

Zasnęliśmy jak dzieci. Mnie się w ogóle znakomicie i bardzo wygodnie spało w kamperze. Mąż narzekał na alkowę, ale tylko tam miał wystarczająco dużo miejsca na swoją długość bezwzględną 😊

Wybaczcie, że zdjęcia są w złych miejscach. To szablon, nie ja:)

Ego

Dzień czwarty- na rowerach

Po śniadaniu postanowiliśmy zostać tu dzień dłużej i objechać na rowerach okolicę. Mąż wrócił zachwycony ze swojej samotnej wycieczki z poprzedniego dnia. Dojechał do Altenburga i uważał, że nie można pominąć tego miasteczka. Pytał mnie, czy dam radę jechać około 18 km. Nie byłam tego pewna, więc ostatecznie zmieniliśmy trasę na leśno-polno-widokową.

Ale najpierw trzeba był załatwić formalności, z poszanowaniem wszelkich godzin pracy recepcji. Nadmienię, że do pomieszczeń zamkniętych wchodziło się wszędzie i zawsze w maseczce, respektując odległości (włącznie z toaletami, wyjątek stanowiły prysznice😊) Ustawiliśmy się zatem w kolejce zamaskowanych postaci, żeby formalnościom stało się zadość, przy okazji wyrzuciliśmy śmieci, które narastają zawsze w tempie lawinowym, posprzątaliśmy po śniadaniu i zaczęło się szykowanie sprzętu.

W tym czasie kątem oka obserwowałam naszych sąsiadów z jednej i drugiej strony. Dzieciaczki z namiotu nie miały dzisiaj humoru, może przez ten nocny deszcz, popłakiwały na zmianę i grymasiły.

Sąsiedzi z drugiej strony rozstawili ogromny przedsionek i urządzili w nim kuchnię i pomieszczenie gospodarcze. Dzień później mieliśmy im tego zazdrościć, w pełnym zrozumieniu dla tej plastikowej mody, w której tak lubują się nasi zachodni sąsiedzi. Przy takiej zmienności pogody daje to dodatkową przestrzeń i pełną niezależność od zewnętrznej aury.

Tymczasem rowery zostały przygotowane i ruszyliśmy na wycieczkę objazdową. Ścieżki rowerowe w Niemczech to kolejny punkt budzący moje szczere uznanie. Są wszędzie, bardzo bezpieczne, bardzo dobrze pomyślane.

Mąż trochę narzekał na oznakowanie (słabe „jak na Niemców”), ponieważ trochę się w pewnym momencie zgubiliśmy, ale była to fantastyczna, relaksująca wycieczka z pięknymi widokami na pola i jeziora.

Przejechaliśmy też kilka wiosek, między innymi w poszukiwaniu frytek regeneracyjnych dla syna, który zrobił się strasznie głodny. Niestety rodzinne biznesy żywieniowe były pozamykane z powodu pandemii, a na knajpkę przy kolejnym jeziorze nie załapaliśmy się z powodu rozminięcia godzinowego. No tak, minęła 14.00. Za późno! Syn pochłonął więc „batony życia”, które mąż wozi zawsze ze sobą na wypadek czyjegoś kryzysu energetycznego. Niestety, kiedy taki kryzys dopadł mnie, nie było już zestawu reanimacyjnego 😊. Zrobiliśmy bowiem ponad 20 km, haha.

Mąż na sam koniec wycieczki zdecydował się na porzucenie peletonu i samotną ucieczkę, co zaowocowało oczekującym już na nas na stole późnym lunchem kanapkowym. Uwielbiam takie niespodzianki!

Po odpoczynku zrobiłam ciepłą obiadokolację i spędziliśmy wieczór przy świecach i kulach solarnych, które cały dzień nie dawały znaku życia, a wieczorem nagle zaczęły świecić. Zaryzykowaliśmy również rozłożenie markizy. Mąż jako jedyny wykąpał się w jeziorze, mimo coraz chłodniejszego wieczoru.

Wieczorna kąpiel, kempingPahna

Nazwy naszego jeziorka do dzisiaj nie udało się ustalić:/

Ego

Altenburg

Wittenberga

Dzień piąty- Altenburg, Wittenberga

W nocy budzi mnie ulewny deszcz. Markiza łopocze na wietrze, strugi deszczu płyną po niej jak po rynnie, a moje biedne kule kołyszą się bezradnie, ciągle wiernie świecąc. O nie. Usiłuję dobudzić towarzystwo, ale mąż monosylabami zbywa moje teatralne szepty i nie przejmuje się zbytnio. Ponoć mamy pozwolenie na dobicie zepsutej markizy, czy coś w tym sensie.

Jestem pewna, że już po niej i że mokrej jej na pewno nie schowamy. Niestety sama niewiele mogę. Decyduję się jednak na wyskok w ciemną czeluść w piżamie i uratowanie moich kul. Świecą dalej biedaki do rana, wprowadzając wewnątrz kampera ciepły nastrój 😊 Rano trochę problemów istotnie mieliśmy, na markizie powstało małe jeziorko, meble i mata były mokre, ale udało się jednak wszystko zapakować i po obowiązkowym serwisie kampera opuściliśmy już to miłe miejsce.

Mamy w planach Lipsk i Wittenbergę, ale mąż decyduje się zatrzymać w Altenburgu i pokazać mi go. Jest prześliczny! Właśnie takie małe, malownicze miasteczko, jakie najbardziej lubię, z krętymi uliczkami, rynkiem i zamkiem. Niestety ciągle leje. Biegiem wspinamy się z mężem na wzgórze zamkowe, szybkim krokiem przemierzamy urocze uliczki.

Na rynku akurat jest targ, jednak deszcz nie pozwala dłużej się nim nacieszyć. Zatrzymuję się na szybko przy beczce z ogórkami- poprzedniego dnia skończyły się nam ogórki kiszone i nie mogę się oprzeć takiej okazji. Niestety, mimo łudzącego wyglądu okazują się później ogórkami w zalewie octowej 😊

Kamperowy dzień jest krótki. Przez procedury poranne i wieczorne, oraz fakt, że jedzie się jednak znacznie wolniej i pokonuje mniejsze odległości, czas trzeba planować inaczej. Już wiemy, że nie starczy nam czasu i na Lipsk i na Wittenbergę. Rezygnujemy z Lipska. Po południu docieramy do Wittenbergi.

Znajdujemy przyjazny dla kamperów parking i ruszamy na starówkę. Trochę błądzimy, szukamy kościoła, na bramie którego Marcin Luter przybił swoje tezy. Jestem trochę zdziwiona, że nie ma nigdzie autokarów, wycieczek i przewodników. Nie wiem, czy to przez pandemię, czy też temat taki turystycznie mało nośny… Miasto ma w nazwie dopisek Lutherstadt, ale oznakowane jest nie za dobrze pod kątem szukania śladów Lutra.

Znajdujemy kilka jego pomników, ale nie możemy trafić na ten słynny kościół i tę słynną bramę. W końcu syn udaje się do informacji turystycznej i nareszcie wiemy, dokąd iść. Robimy słynnym drzwiom milion zdjęć. Po drodze widzimy wystawę sklepową z olbrzymią postacią doktora Marcina z klocków lego😊

Na rynku siadamy na kawę. Właścicielka lokalu uprzedza nas, że nic już o tej porze nie zjemy, ale przecież my to wiemy. W czasie kawowym jeszcze się zmieściliśmy 😊

Ruszamy na nocleg, na wybrany przez syna kemping leśny Olympiasee. Jest uroczy! Mały, rodzinny, czysty, w lesie nad jeziorkiem, przypominającym nasze okolice. Bardzo nam się tam podoba, po kolacji idziemy jeszcze na krótki spacer. Świetnie Niemcy rozwiązują godzenie interesów rozmaitych grup: widzimy strefę dla rodzin z dziećmi, strefę dla rodzin z psami z wydzieloną plażą i kąpieliskiem dla psów, strefę dla wędkarzy.

Chętnie pobyłabym tu dłużej, ale słyszę, że nigdy nie dojedziemy nad morze, jeśli będziemy wszędzie stać dwa dni, więc nic już nie mówię…

Kemping Olympiasee

Ego

Westhavelland

Dzień szósty- Westhavelland, Wolfsburg

W nocy słyszymy trochę szum pobliskiej autostrady, ale nie przeszkadza nam to zbytnio. Po śniadaniu łypię okiem w kierunku dwóch wolnych pralek. Rozważam pierwsze pranie. Ale nie, nie tym razem, nie ma czasu. Robimy zrzut wody i ruszamy, zachęceni internetowym opisem, w kierunku Parku Przyrody Westhavelland.

Jest tam bardzo ładnie, tak trochę mazursko, ale ciągle pada! Zatrzymujemy się w lesie, żeby zjeść lunch sałatkowy i trwają dyskusje, co robimy dalej. Idziemy się z Jackiem przejść, wracamy kompletnie mokrzy. Szukamy kolejnego kempingu, ale ostatecznie decydujemy się wykorzystać deszcz na przemieszczenie się jak najdalej na północ, bez zwiedzania, i ruszamy w kierunku Wolfsburga.

Miasto ma charakter przemysłowy, słynie głównie z zakładów Volkswagena, dla nas jest tylko punktem w dalszej drodze. Kemping, wybrany tym razem przez mnie, w ogóle nam się nie podoba. Położony jest, owszem, między jeziorem i ładnym kanałem, niektórzy mają tu wakacyjne domki na stałe (szok), ale jest jednak typowo miejski.

Pan w recepcji wyznacza nam parcelę bez zieleni, w bezpośrednim sąsiedztwie toalety chemicznej. 😊 Trudno, mówimy sobie, jedną noc jakoś przeżyjemy. Jedyny plus, to dzikie króliki kicające na kempingu. Są niesamowite! Widząc pierwszego pomyślałam, że się komuś zgubił, przy piątym już załapałam sytuację 😊 Jacek idzie na rower, my z synem na spacer nad kanał i nad jezioro.

W nocy znowu pada. Błażej mówi, że to dzień na straty, mnie się wydaje, że to po prostu kolejne doświadczenie.

Wolfsburg

Ego

Hanower

Dzień siódmy- Hanower

Po śniadaniu ruszamy do Hanoweru. Nauczyliśmy się już wybierać boczne drogi, żeby móc coś widzieć po drodze. Błażej macha do wszystkich kamperów, które mijamy. O ile w Polsce odmachiwano nam z entuzjazmem, o tyle w Niemczech kierowcy są czasami zaskoczeni- za dużo tego jeździ wszędzie.

Towarzyszy nam nadal klimat NRD. Pierwszy raz widzę całkowicie białe krowy! Są też dla odmiany tylko czarne. Niestety nie mogę robić zdjęć po drodze, gdyż mój telefon jest używany jako nawigacja i dużo ciekawych obiektów mi umyka.

Im bliżej Hanoweru, tym więcej mijamy stadnin, stajni, padoków. Konie, konie, konie. Przypomina mi się, że istnieje coś takiego, jak rasa hanowerska koni. Chyba je tu bardzo lubią.

W Hanowerze udaje się nam zaparkować w ścisłym centrum. Niestety nowy ratusz z krzywą windą jest zamknięty z powodu pandemii. Zastanawiamy się nad Ogrodami Królewskimi, ale wejście jest płatne, a pogoda nader niepewna.

Ostatecznie ruszamy w kierunku starego miasta, a przynajmniej tak nam się wydaje. Trochę nas tym razem nawigacja dla pieszych zawodzi, pan Jarek ciągle każe zawracać, jeśli to możliwe i zmienia zdanie co do tego, dokąd mamy się kierować…

Błażej w końcu rezygnuje i idzie poczytać do kampera. My z Jackiem poznaliśmy szczególnie jedną ulicę, którą przemierzyliśmy chyba z pięć razy, zanim wyłączyliśmy nawigację i zdecydowaliśmy się kogoś zapytać o drogę.

Okazuje się, że nie ma w Hanowerze ścisłej starówki, w naszym rozumieniu. Poszczególne zabytki są wplecione, bardzo zresztą zgrabnie, w nową zabudowę. Widzimy ładny budynek dworca, dochodzimy do kościoła ewangelickiego w stylu gotyckim, który zwiedzamy w środku. Podobają się nam ładne mieszczańskie kamieniczki wkomponowane we współczesne otoczenie.

Zatrzymujemy się na szybką pizzę i kawę, kupujemy przekąskę dla Błażeja, który z pewnością niczego do jedzenia nie znajdzie w kamperze i wracamy. Po drodze spotyka nas ulewny deszcz. Tak ulewny, że decydujemy się przeczekać go pod drzewem, w towarzystwie dosyć interesujących pomników. Niestety, nikt nie ma ochoty nosa wyściubić spod przyjaznej korony drzewa, żeby się dowiedzieć, kogo przedstawiają. Robię im zdjęcia bez tej wiedzy 😊

Deszcz okazuje się za mocny, na kontynuację zwiedzania czegokolwiek. Jedziemy na kemping Hüttensee, który Błażej w międzyczasie wyszukał.

Jest piękny, wokół same jeziora, dzikie ptactwo. Pierwszy raz czekamy w kolejce przed recepcją, wypełniamy szczegółowy kwestionariusz koronawirusowy. W międzyczasie deszcz ustaje.

Po kolacji idziemy z Jackiem na długi spacer wokół jeziora i pierwszy raz odnotowujemy, że jest tutaj dłużej jasno, niż u nas w Polsce. Zastanawiamy się, czy jest to związane z długością, czy szerokością geograficzną. Zmierzch zapada dopiero o 22.30.

UWAGA: PONIEWAŻ OKAZAŁO SIĘ, ŻE DALSZE WPISY WYMAGAJĄ JUŻ WERSJI PŁATNEJ, PRZENOSZĘ SIĘ STOPNIOWO NA CAMPEREGO.BLOGSPOT.COM

Ego, to przezwisko, które noszę od młodości. Ufam, że nie ma nic wspólnego z egoizmem :)

Ego